Podobno ludzie robiący zdjęcia dzielą się na tych co archiwizuja i będą archiwizować.
Chciałam w końcu zaliczyć sie do tej pierwszej grupy.
No i znalazłam zdjęcia z wakacji. Tu akurat nad Supraślanką.

Podobno ludzie robiący zdjęcia dzielą się na tych co archiwizuja i będą archiwizować.
Chciałam w końcu zaliczyć sie do tej pierwszej grupy.
No i znalazłam zdjęcia z wakacji. Tu akurat nad Supraślanką.

Spóźnione ale szczere:
Szczęśliwego Nowego Roku 2012:-)
My ostatnio byliśmy trochę zarobieni. 
Końcówka roku dała nam w kość, ale wychodzimy na prostą. Większość spraw została zamknięta z końcem 2011, jak się okazało, szczęśliwie (Alek nie ma jednak mukowiscydozy:-)) a część pewnie zamknie się z końcem stycznia. Zapewne pojawią się nowe, ale póki co jest światlo w tunelu. I nie jest to światło nadjeżdżającego pociągu:-)
Dużą atrakcją okazało się, odległe o kilkanaście kilometrów od hotelu, oceanarium.
Oceanarium było położone tuz nad piaszczysta plażą. I tu, bez zbędnego opisywania, można zobaczyć za co nie pokochaliśmy Krety…
tu Alek na kawałku plaży, sprzątniej przez nas z plastikowych kubków, kiepów i papierków po lodach:
a tu widok po obróceniu sie o 90 stopni w prawo i 90 stopni w lewo… na prawo syf, na lewo syf, a dołem morze zmyje…
“mamo, czy Grecja to taka mała dziewczynka? Chciałbym ją poznać”. Powiedziało dziecko gdy usłyszało o naszych planach wakacyjnych. Właściwie czemu nie? Można poznać. Kretę.
Już na rozleniwionym lotnisku w Heraklionie wprowadziliśmy odrobinę zamieszania. Gdy schyliłam się zawiązać sznurówkę w trampku (krótkim, nie żadne 36dziurkowe pod samo kolano) Alek w przelocie zdążył wyłączyć taśmociąg z bagażami. Trochę to trwało zanim obsłudze udało sie odnaleść właściwy przycisk i ponownie uruchomić taśmociąg, przez co cała zawartość czarterowego samolotu Itaki wyległa na parking o jakieś 40 minut później. W hotelu już było tylko lepiej, bo na przykład czemu, biegnąc samodzielnie do kelnera po „łan apel dżus pliiz”, nie wrzucić czarnej bili do uzy panu który leniwie gra w bilard? No czemuż?
W Krecie się nie zakochaliśmy. Bo co z tego, że okolice hotelu, w postaci dwóch jeszcze bardziej luksusowych hoteli, były piękne i bajkowe. Jak za winklem znajdowaliśmy, nie to zdecydowanie złe słowo, rzucały sie w oczy, tuziny zdezelowanych i korodujących samochodów (najczęściej niemałych Mitsubishi l200 w wersji prototypowej jak mniemam), plastikowych butelek i puszek na których już nie dało sie odczytać napisów.
Nie zdecydowaliśmy sie na wycieczki promem w extra malownicze i turystyczne miejsca Krety. W obawie przed przebywaniem z Alkiem na małej powierzchni promu i w obawie przed rozczarowaniem, jakim skończyłoby się przedzieranie przez tlumy turystów i śmieci. Wynajelismy samochód i pojechaliśmy przed siebie. Niestety, piękny i dziewiczy Płaskowyż Lasithi w bardzo nikłej części wygladał jak ten znany z pocztówek. Płócienne wiatraki, które niegdyś pokrywały całe pola i były niedłącznym elementem krajobrazu, widzieliśmy może cztery, po pozostałych zostały smętne, zapomniene resztki. Przygnebiające. W zasadzie atrakcja samą w sobie była droga przez płaskowyż i roztaczające się wokół piękne widoki.
Za to hotel… Hotel jest godny polecenia. Jak juz M. stwierdził “no nie mam się do czego przyczepić”. Czysty, rozległy, z piękną plażą i z basenami gdzie zawsze były miejsca, a za ręczniki i leżaki nie trzeba było płacić. W ramach all inclusive większość znanych mi alkoholi w tym mój ukochany Baileys (uh, jak na słońcu szybko uderza do głowy, ale w sumie nie każdy jest patologiczną matką pijącą baylejsa od samego południa). Jedzenie genialne, w ilościach przekraczających możliwości skosztowania wszystkiego, część np sushi, robiona była w trakcie kolacji. Przy tzw snack barze, znajdowała sie restauracja dziecięca, otwarta aż do kolacji i naliczyłam w niej, jednego dnia, 16 potraw przygotowanych pod kątem dzieci. Alek i tak żywił sie głównie frytkami, na szczęście robionymi w hotelowej kuchni z prawdziwych ziemniaków, i makaronem spaghetti bez absolutnie żadnych dodatków. W końcu też miał urlop. I ważne, że obsługa też była nienachalnie miła, przyjazna i gotowa do pomocy.
http://www.itaka.pl/wczasy/grecja/kreta/hotel_aldemar_knossos_royal_903.php
Byliśmy w piątek na Nocy Reklamożerców. Zaskakujące, że jak lecą reklamy w telewizji to idę zrobić sobie herbatę… a tu kilka godzin reklam w kinie… Była cała masa rewelacyjnych reklam ze świata i np. okazało się, że można zrobić genialną reklmę proszku do prania, gdzie nie pierze sie połowy bluzki albo skarpetki zawiązanej w supeł, jak to zazwyczaj robią gospodynie domowe. I polecam poszukać reklam Greenpeace, nigdy ich wcześniej nie widziałam a są piękne. Pokazano też kilka reklam stworzonych od początku do końca w Białymstoku:-) Można
Zobaczcie niżej linki do tych białostockich:
http://www.youtube.com/watch?v=C3TnXzrOJDQ&feature=related
ja: Alek, a co robiliście dziś w przedszkolu?
A: pisaliśmy literki.
ja: A czym pisaliście?
A (rysując w powietrzu literkę A): Kredą. o tak “aaaa”
ja: Suuuper, a co było potem?
A: literka beee
ja: świetnieeee, a co robiliście później?
A: rysowaliśmy literkę Ceee.
Ja (o nie, nie dam się tak łatwo): a jak już narysowaliście ZET, to co było potem?
Alek: jeszcze było ŻET.
tego lata
. Cóż ani pogoda ani ilość wolnych weekendów nie dopisały.
Tak czy inaczej wykorzystaliśmy ten weekend maksymalnie i zdążylismy zaliczyć całą masę przyjemności
Było oczywiście pływanie (im jestem starsza tym woda w jeziorach zimniejsza – też tak macie?)
budowanie pomostu, łódki z kory, zamku i innych mało trwałych konstrukcji

Były też poziomki i tatuaże z jaskółczego ziela
do mistrzostwa zostało doprowadzone chodzenie po drzewach,
przejechalismy się również wigierską kolejka wąskotorową podjadając lokalne soczewiaki z sosem czosnkowym
Nocowaliśmy w Gościńcu Kukle http://kukle.net/ Mogę polecić, obsługa zyczliwa, pokoje odnowione, jedzenie świeże i smaczne a okolica piękna.
Ostatnio Alek jadąc po ruchomych schodach w galerii handlowej odwrócił sie nagle:
Mamo, mamo, wymyśliłem Ci wierszyk!!!
“Jest słoń duży,
I jest słoń mały,
i taka jest różnica,
że słonie są różne”
Niezły jest, co?
-Hania, a Ty masz już jakąś przyjaciółkę?
- TAAAK!!! Mam! Wiktorię!
- To ja! To ja!- podskakuje z radości Wiktoria.
No właśnie. Pozazdrościć takich przyjaźni, co aż chce się podskakiwać. Moje zostały 800 km stąd. Ale póki co trwają więc też mogę poskakać:-)
Alek (3,5) ma manię liczenia. A żeby nie było nudno, liczy po polsku, po angielsku i aktualnie próbuje po rosyjsku.
Alek: sorok siem, sorok wosiem, sorok dziewiat…. Mama, a jak jest pięćdziesiąt po rosyjsku?
Ja: Nie wiem synku.
A: to musisz wejść na stronę wuwuwu sorok dziewiat peel i sprawdzić.
Wydawałoby się, że jeszcze niedawno to my z Izuń biegałyśmy po supraskich zaroślach, pokrzywach, katakumbach i bagienkach i to ja rozpaczałam z powodu poobdzieranych kolan a Izuń z powodu pogryzień komarów gigantów. A tu nieodwołalnie zamykaja się pewne etapy i w fazę eksploracji wkracza kolejne pokolenie.

pieczemy bez mąki pszennej. Przygotowanie zajmuje jakiś kwadrans. Nawet z pomocą;-) Szczerze polecam wszystkim bezpszenicznym.
składniki:
3 jajka
szklanka cukru
szklanka śmietany
2 szklanki mąki żytniej chlebowej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia.
truskawki
Jajka ucieramy z cukrem na puszystą białą masę. Dodajemy śmietanę, po chwili mąkę z proszkiem do pieczenia. Łyżką rozkładamy ciasto do muffinkowych foremek (ja używam sztywnych papierowych w których można piec a nie trzeba ich smarować tłuszczem więc polecam – przyspiesza przygotowanie). Do każdej foremki wrzucamy truskawkę, albo dwie, albo nawet trzy. I tak ciasto wyrośnie.
Wkładamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika i pieczemy około kwadransa. Potem zmniejszamy temperaturę do 180 i pieczemy jeszcze około 10 minut. Przepis tworzyłam wczoraj samodzielnie i podejrzewam, że można piec tylko w 180 stopniach, ja po prostu dopiero po kwadransie zauważyłam, że ustawiłam tak wysoką temperaturę.
Smacznego:-)))
Alek: Mamo, mamo, chcę miśki-żelki. Żelki-miśki chcę.
ja: A magiczne słowo na pe?
Alek: NA PEWNO!:-)
Dziś Dzień Matki więc oprócz wierszyków laurek i całusów mam prawo mieć listę życzeń??? Mam prawo. Mam. I listę też mam.
I chciałabym aby:
1. nie było w moim domu kurzu, brudnych kubków ani obiadowych żądań, gdy wracam po 6-tej z siatą zakupów i dzieckiem, które jest co najmniej piętro za mną bo: musi usiąść na każdym stopniu/ śpiewać na każdym pietrze/ stać pod dwójka i wołać, że tu mieszka Misza tyle razy aż co najmniej trzy razy usłyszy „tak, tu mieszka Misza”/ liczyć wszystkie dziurki w siatkowanej poręczy/ oglądać z odległości dwóch centymetrów dwa kolejne schodki, grając w „znajdź różnicę” etc;
2. pranie wysychało tak szybko jak szybko jest potrzeba powieszenia kolejnego;
3. nie chodzić na rozmowy do dyrektorki przedszkola w sprawie kup mojego dziecka, które to kupy są robione wyłącznie w majtki (dlaczego? „bo tak chciałem”), w ogóle chciałabym zamknąć temat kup definitywnie, czyli w sedesie;
4. kalorie szły w cycki (BTW uwielbiam cytat z „Jak się pozbyć cellulitu”- gdyby Bóg była kobietą nie istaniałyby te suki kalorie)
5. nie wyglądać po południu jakby grawitacja działała 10-krotnie bardziej na moją twarz niż na resztę kuli ziemskiej
Lista byłaby dłuższa ale nie-mam-siły-na-myślenie (zreszta zdarza mi się myśleć coraz rzadziej, takie mam wrażenie), nieistotne to zresztą bo mam FANTASTYCZNEGO Dziecia w domu, siedzącego aktualnie przed telewizorem i jedzącego żelki (czy już Wam pisałam, że od dawna noszę się z zamiarem założenia portalu wuwuwu.wyrodna-matka.peel????).
Muszę iść bo dzieć jest na etapie “ej bi si di i ef dżi” i zaraz będzie „mamo mamo jak jest yyyy?”.
Uściski dla wszystkich którzy planowali dziś świętowaćJ
w przelocie, między tysiącem innych ważnych spraw, bywam obsypywana kwiatami:-)
BTW, dzisiaj byłam świadkiem pięknej sceny, która natchnęła mnie, jakże prostą refleksją, że facet po prostu rodzi sie facetem i możemy sobie robić co chcemy, żeby ich na ludzi ukształtować…
W ogródku w Łukaszówce na jednej huśtawce huśtała się siedmiolatka w pieknej białej sukience , na drugiej huśtawce siedmiolatek w garniturku.
Siedmiolatka, rozmarzonym głosem: a pamięęętasz taaamtą romantyyyyczną chwilęęę?
Siedmiolatek, wiadomo jakim głosem: chciałbym zapomnieć.

Przygotowania trwały długo, bo nie wiadomo skąd Alkowi się wzieło, że chce mieć tort z myszami. Ulepiliśmy wspólnymi siłami, najpierw lukier plastyczny, potem myszy i kwiatki i literki i cyferkę, wyszło jak wyszlo, ale dziecko przeszczęśliwe. Ledwo się obudził w dniu świętowania a od razu pobiegł do lodówki zobaczyć myszy na torcie i nic ważniejszego nie istniało tego przedpołudnia:-). No może oprócz zdobienia lukrem własnoręcznie wykrojonych ciastek. Za to impreza wyszła suuuper! Alek przeszczęśliwy, wyszalał się, obściskał wszystkie dziewczyny, wreszcie mógł jeść dowoli wszystkie łakocie znajdujące się na stole, no i przywiózł do domu masę rewelacyjnych prezentów:-). A że wszystkie prezenty twórczo i kreatywnie rozwijające to mamy dziecko zajęte przez długie wieczory:-).
może i nie sezon ale trzeba było wypróbować urodzinowy prezent od Wujka Wojtka:-)))) Ależ był taniec radości!
